Vivat Poród - Na dobry początek
Ola i Zuzia

Ola i Zuzia

...lałam tylko: ja już nie mam siły, rezygnuję!
Chwila wytchnienia i kolejny skurcz i nagle ulga, już nie boli, a do mojej piersi tuli się Malutkie Różowiutkie Stworzonko.
Zuzanna.
Nasza córeczka!
Potem łożysko. W tym czasie nasze dziecię tuliło się do taty. Potem wróciło do mamy na obiad, ponieważ właśnie dochodziła 14-sta.
Najedzoną Zuzankę tatuś porwał do mierzenia i ważenia, a ja w tym czasie miałam chwilę na prysznic.
Potrzebowałam kilku szwów, co rzecz jasna napawało mnie przerażeniem, a w ostatecznym rozrachunku nie było takie straszne. Najważniejsze było to, że nasze Maleństwo jest przytulane i szczęśliwe.
Gdzieś w międzyczasie Marysia zadbała o neonatologa. Mówiąc szczerze, pamiętam to jak przez mgłę. Moje zmęczenie sięgnęło zenitu i nie miałam siły nawet na pożywny rosołek porodowy.
Oboje z mężem runęliśmy do łóżka, nasza Kruszyna przyssała się na bliżej nieokreślony czas, a położne zajęły się biurokracją. Nawiasem mówiąc, należy im tego serdecznie współczuć!
Zdążyłam się wyspać, a Maria jeszcze siedziała w papierach. Później położna zostawiła nas, przypominając o dobroczynnej mazi płodowej naszej Zuzi i że możemy małego "brudaska" "pohodować sobie" kilka dni.
Zaczęło się życie we troje. Cicho. Spokojnie. Bezpiecznie. U siebie. Nie musieliśmy nigdzie wracać, byliśmy w domu!
Po kilku dniach, kiedy nabrałam sił, Zuzia zaliczyła swój pierwszy spacer. Dopiero gdy całkowicie wróciły mi siły zaczęliśmy myśleć o wizycie u lekarza, ewent...