Vivat Poród - Na dobry początek
Ola i Tolo

Ola i Tolo

...rodziłam. Wstałam w poniedziałek, skurcze jak skurcze, jakby częstsze. Hmm, starym zwyczajem zanurzyłam się w wannie. Siedziałam może z półtorej godziny, powtarzając sobie:
- Dobrze! To jak JESZCZE JEDEN skurcz będzie to dzwonię do Marii.
Nie miałam wyjścia - musiałam zadzwonić...
Bardzo się ubawiła nasza położna! Ale przyjechała. Ok. południa zaczęło być już nie tylko regularnie, ale i bardziej boleśnie. Piłka to było to, czego wtedy potrzebowałam.
Dzieci? Aaa dzieci, no tak, dzieci poszły na dłuuuugi spacer. Odeskortowane przez tatusia (mamusia w tym czasie liczyła skurcze) w bardzo dobre ręce jednej z ulubionych cioć.
Wracając.. .Marzyłam o tym, żeby móc już wrócić do wody. Po porodzie Gosi nie wyobrażałam sobie nic piękniejszego!
W domu zaczynało pachnieć rosołkiem - Mati, miszcz świata w rosołkach porodowych dokonał arcydzieła i tym razem!
Po kolejnym badaniu, dostałam zielone światło i czym prędzej czmychnęłam do wanny. Akcja, po mojemu, jak zwykle marna. Maria mówi, że lubię delektować się porodem. Chyba coś w tym jest..
Tolo nie zamierzał wstawić się jak należy oczywiście! Kombinował, wiercił się jak szalony, a ja musiałam telepać się raz na jeden bok raz na drugi, żeby to dziecię jakoś sensownie urodzić!
Gdzieś między skurczami naszła rodzącą ochotka na słodycz! Sklep pod nosem w zasadzie, mąż wyskoczył po batonika, położna w szoku..
Zdążył... Miedzy kolejnymi skurczami wszamałam mdłą słodkość popijając herbatką. Ach co za czas! W tle słychać Łąki Ła...