Vivat Poród - Na dobry początek

Ola i Bartosz

...wała mi spokoju. Badała w każdym skurczu. Poczułam, że odeszły mi wody. Myślałam sobie: kurcze, czemu teraz, czemu na moim ulubionym tapczanie. Zanim się zorientowałam, już znalazłam się w pozycji kucającej, a Edyta wołała:
„pchnij go, jeszcze troszeczkę i przytulisz Bartoszka!"
Przyznam szczerze, że w tym porodzie objawił się mój operowy wokal. Nie przypuszczałam, że jestem w stanie coś takiego z siebie wydobyć! Niemniej jednak niesamowicie mi to pomagało. Także w 17 minut udało mi się wyśpiewać syna.
Cudnie było znów poczuć tę ulgę i mieć Maleństwo przy piersi. Znowu pękłam (jak się okazało), ale czy to ważne?
Bartosz był z nami – to się liczyło. Urodziłam w sypialni, wymalowanej dwa tygodnie wcześniej, z kilka dni wcześniej umytymi przeze mnie oknami. Przy moim łóżku, do którego, po szybkim prysznicu się wdrapałam i z synem przy piersi usnęłam.
Mateusz chyba dostał kopa. Siedział jakiś czas z dziewczynami w kuchni. Jak ochłonął, powiedział mi co go tam trzymało.
Bartosz miał owiniętą pępowinę wokół szyi. Edyta nie panikowała, pracowała z nim. Dlatego tak wiercił się w tym porodzie, próbował się wymotać. I z pomocą ciotki Edyty, udało mu się!
Wiem też jaki byłby schemat działania szpitalnego. Kiepska akcja porodowa, marne skurcze, podajemy oksytocynę. Akcja przyspiesza, pępowina się zaciska, dziecko nie ma szans na wymotanie. Decyzja – cesarskie.
To nie mój wymysł, to słowa doświadczonych położnych, które oprócz domowych, przyjmują również porody w szpitalu.
Nasze...