Vivat Poród - Na dobry początek

Ola i Bartosz

... Marii, a tu zagwozdka!
Maria ma rodzinną imprezę, ale obiecuje, że przyjedzie. Mąż na szczęście też przyjechał.
Od 18-stej, kiedy to zarejestrowałam regularne skurcze, wszystko zdążyło klapnąć. Jak przyjechała położna, około 23-ciej, to w zasadzie całkowicie się rozregulowałam.
Po badaniu wiedziałam, że jakieś tam rozwarcie sensowne jest i że jest szansa na poród. Tylko nie wiadomo było kiedy. Uzgodniłyśmy z Marią, że ona jedzie dalej się bawić, a ja mam ją informować o przebiegu sytuacji.
Krótko po jej wyjściu skurcze się nasiliły. Znowu wskoczyłam do wody i dałam znać Marysi. Nie chciałam psuć jej rodzinnej atmosfery, toteż po obdzwonieniu położnych, okazało się, że jest jedna, która wraca właśnie z „fałszywego alarmu”. Maria obiecała pojawić się rano jeśli nie urodzę do tej pory.
Przyjechała Edytka. Bartosz jakby wyczuł sytuację i wyluzował. Skurcze także wyluzowały. Wszystko wyluzowało.
Woda pochłonęła mnie bez reszty. Trzeba było zatem wyczołgać się na ląd, coby wzmóc akcję porodową. Bardzo marnie się zapowiadało. Kurczyłam się nieregularnie, boleśnie i mniej boleśnie.. Duże odstępy czasowe między skurczami prowokowały organizację czasu. I tak upłynął wieczór i noc.
Nad ranem zjawiła się... Maria. Moje dzieci chyba potrzebują tej położnej! Ja znów się wyluzowałam. Dziewczyny odpoczywały w kuchni przy herbatce, my oglądaliśmy kabarety. Śmiechu było co niemiara o 4-tej nad ranem!
W końcu zaczęło się na dobre. Bartosz wiercił się jak szalony, a i Edyta nie da...