Vivat Poród - Na dobry początek

Kasia i Artuś

Środek nocy z 19 na 20 listopada - z niedzieli na poniedziałek, nagle poczułam, że jestem strasznie głodna. Dzień wcześniej wywoływaliśmy poród. Dlaczego? Termin mam co prawda dopiero na 24, ale boję się, że przenoszę (sama jestem dzieckiem z 42 tc.) no i mąż chce już urlop (ha ha ha.) więc idealnie byłoby urodzić w poniedziałek rano – ten poniedziałek. Po kilku tygodniach intensywnych przygotowań, w niedzielę zabraliśmy się do działania. Domknęłam wszystkie sprawy, te na które nie miałam wpływu odpuściłam. Przespałam się 4 godziny i pod wieczór poszliśmy spacerkiem do Galerii Północnej. Zjedliśmy obiad, deser, odprężyliśmy się, pośmialiśmy, wróciliśmy również spacerkiem. Przez cały czas oczywiście rozmawiając z Artusiem, że czekamy na niego, wszystko gotowe i jak chce to zapraszamy. Po powrocie wjechaliśmy windą na piąte piętro i zeszliśmy schodami na pierwsze, potem film (Asterix i Obelix kontra Cezar – idealny do pośmiania się i poskakania na piłce – ta muzyka!) wspólna kąpiel z pianą i obowiązkowo seks (przy każdym wywoływaniu porodu musi być seks!) – po tym ostatnim elemencie oczywiście zostałam na placu boju sama, bo mąż ostentacyjnie zasnął. No ale była już północ, on rano do pracy, a ja przecież w terminie powinnam się wysypiać. Jako że wysypianie się przez ostatnie tygodnie szło mi rewelacyjnie – ale tylko w dzień – to leżałam tak gapiąc się w sufit i wczuwając w swoje ciało. Już w kąpieli czułam co jakiś czas bardzo delikatny, trochę okresowy ucisk w podbrzuszu, teraz byłam w stanie się na nim