Vivat Poród - Na dobry początek
Aleksandra i Apolonia

Aleksandra i Apolonia

...ko. A ono nie zamierzało - ups!
Po jakimś czasie potrzebowałam oksytocyny... poszło szybko, jeden skurcz i bach. Jest łożysko. Tyle, że nie całe. Został fragmencik. Smuteczek...
Potrzebny był transfer. To już nie smuteczek, to rozpacz.
Szara włochata panika siedziała mi na ramieniu i wyła do zaćmionego księżyca, że nie chce się nigdzie ruszać...
A jednak, karetka zadzwoniona. Czekamy (nie próżnujemy, rzecz jasna, Maria ugniata macicę jak tylko się da. Musiała sobie odbić za niemożność badania – mnie – w – każdym - skurczu).
Przyjechali w końcu, po drugim telefonie! Zafundowaliśmy godzinnemu dziecięciu jazdę samochodem w środku nocy. Plan był taki: dostaję znieczulenie ogólne, robią co trzeba, rano wychodzę do domu. W międzyczasie Pola trafia na oddział noworodkowy. Oj baaardzo nie chciałam.
Tymczasem w szpitalu (ostatni raz kiedy byłam w szpitalu to, nie licząc kilkugodzinnego epizodu z kolanem, jak się rodziłam...) trafiłam na dyżur bardzo zacnego lekarza, specjalisty od USG. Najpierw je zrobił, ocenił stan rzeczy i zapytał czy dam się “wyczyścić” bez znieczulenia? Absolutnie nieświadoma tego co to znaczy, zgodziłam się.
Po kwadransie pan doktor oznajmił, że nie ma co mnie tam trzymać i sru do chałupy. Pola nie zdążyła się nawet rozgościć, ba, obudzić.
Wróciliśmy do siebie, cali i zdrowi!
Dalej było już tylko piękniej, wiadomo - kupki, kolki.
27 lipca, kiedy Pola się rodziła, było zaćmienie księżyca. Grawitacja niesamowita. Potwierdzam!
W całej tej historii widzę pal...